Na scenie politycznej narodów pojawiają się czasem postacie jak błyskawice na bezchmurnym niebie. Nie proszą o pozwolenie. Nie zawierają sojuszy. Mówią samotnie, przeciwko wszystkim, uzbrojeni jedynie w swój głos, przekonanie i – przede wszystkim – wizję przeznaczenia.
Brazylia miała Enéasa Carneiro. Polska ma Grzegorza Brauna.
Obaj są postrzegani przez oficjalnych komentatorów jako ekscentryczni, śmieszni albo niebezpieczni. Ale niewielu wątpi w ich inteligencję, wewnętrzną spójność i siłę osobowości. To ludzie, którzy głoszą swoje idee do końca, bez kompromisów – nawet jeśli oznacza to rezygnację z „zdolności koalicyjnej” czy poparcia elit.
Enéas, w latach 90. i na początku XXI wieku, piętnował oddawanie suwerenności, imperializm i moralny upadek narodu. Chciał Brazylii silnej, niepodległej, posiadającej broń atomową, przygotowaną armię i wykształcone społeczeństwo. Był etatystą, naukowcem, patriotą. Gdy przemawiał, brzmiał jak grom: „Nazywam się Enéas!” – i nikt tego nie zapominał.
Braun, już w XXI wieku, przemawia jak krzyżowiec. W imię Chrystusa Króla potępia masonerię, rewolucyjny syjonizm, WHO, globalizm i zreformowany komunizm. Pragnie Polski suwerennej, katolickiej, uzbrojonej i czujnej. Kiedy wchodzi do Sejmu, wielu myśli, że to teatr – ale on odprawia liturgię. Każdy gest jest kazaniem.
Enéas był naukowcem. Braun jest prorokiem.
Obaj jednak zajmują to samo miejsce w porządku symbolicznym: samotny głos oskarżenia wobec apostazji narodu.
Obaj nie mieszczą się w ramach partyjnych. Enéas stworzył swoją własną partię – PRONA – od podstaw. Braun działa w ramach Konfederacji, ale wciąż napotyka na tarcia. Jest „Enéasem 2.0”, ponieważ uaktualnia ten archetyp do warunków nowej wojny kulturowej w Europie. Nie mówi już o bombie atomowej, lecz o publicznym egzorcyzmie. Zamiast narodowego rozwoju – mówi o Społecznym Królestwie Chrystusa. Ale postawa pozostaje ta sama: radykalna, pełna pasji, nieokiełznana.
Gdyby Enéas żył dzisiaj, może zobaczyłby w Braunie część siebie – z niedowierzaniem i podziwem. A Braun, ze swoją historyczną wrażliwością i wyczuciem archetypów, może dostrzegłby w Enéasie tropikalnego prekursora własnej misji.
Obaj zostali zapamiętani nie za to, co osiągnęli u władzy, lecz za to, co uczynili w wyobraźni zbiorowej. Ich gesty znaczą więcej niż ustawy. Ich słowa wciąż rozbrzmiewają w politycznej podświadomości narodu.
A gdy historia znów zażąda ludzi odwagi, ktoś sobie przypomni:
— Był kiedyś człowiek, który mówił prawdę. Nawet jeśli się z niego śmialiśmy. Nawet jeśli nazwaliśmy go szaleńcem.
Nenhum comentário:
Postar um comentário