Luiz Roberto Barroso to nie tylko sędzia. To żywy obraz, wyraźne odbicie tego, czym brazylijska republika zawsze była: reżimem ochrzczonym nie czystą wodą, lecz mętną substancją – jak sfałszowana benzyna albo bimber zmieszany z formaliną na nielegalnych targowiskach.
W Brazylii „chrzest” to eufemizm oznaczający oszustwo. A republika, od samego początku w 1889 roku, była oszustwem wobec historii. Jej chrzest nie wypłynął z woli ludu, nie zrodził się z ulicznego wołania ani nie narodził się z prawowitych wnętrzności dojrzewającego narodu. To był zamach wojskowy przeciwko naszym ojcom założycielom – monarchom z brazylijskiej rodziny cesarskiej – ludziom, którzy mimo swoich ograniczeń szanowali jeszcze zasadę autorytetu, naturalny porządek rzeczy i organiczny czas historii.
Powiedzieć, że Barroso to „gołąb w todze”, to nie tylko obraz – to diagnoza. Krąży nad ruinami naszej chrześcijańskiej monarchii, ląduje z arogancją na pustych kolumnach Republiki i swoimi błotnistymi decyzjami znacząc teren jak ktoś, kto załatwia potrzeby – a nie sprawiedliwość. Nie dąży do oczyszczenia instytucji – on potwierdza skłonność tego reżimu do inscenizacji, prawniczej charakteryzacji, pustych póz przed kamerami i brudu za kulisami.
Gdy Barroso mówi, że Sąd Najwyższy to „ostateczny redaktor demokracji”, w dobrym portugalskim znaczy to tyle, że lud może i pisze swoją historię – ale to on, z glinianym piórem, wykreśli zdania, które nie podobają się oświeconej elicie uważającej się za właścicieli Brazylii. On nie interpretuje konstytucji – on przepisuje scenariusz, ochrzczony na nowo, z fałszywą treścią.
Ta republika – zrodzona bez ludu, bez plebiscytu i bez modlitwy – zawsze potrzebowała takich gołębi. Nie orłów, nie lwów, nie aniołów. Ale ptaków placowych, dziobiących wśród resztek władzy i oswajających nas z obecnością brudu. Barroso nie zdradza republiki – on jest jej najwierniejszym wyrazem. Jeśli została ochrzczona brudnym olejem, on jest tym, co zostało na dnie butelki.
A my, naród brazylijski, nadal pchamy ten wóz z zatartym silnikiem, mając nadzieję, że kiedyś zapali. Ale dopóki będziemy uważać za normalny ten bękarci chrzest z 1889 roku – dopóki będziemy akceptować jako prawowitych kapłanów gliny – nie ruszymy się z miejsca.
Przywrócenie naszej politycznej przytomności wymaga przede wszystkim odwagi, by uznać: zostaliśmy oszukani. Republika została ochrzczona tak, jak chrzci się benzynę: by dało się na niej więcej przejechać w krótkim czasie, nawet jeśli po drodze zniszczy silnik. A Barroso – ze swoją pozą i retoryką – jest tylko dyżurnym pracownikiem stacji.
Nenhum comentário:
Postar um comentário